Dom Kultury INSPIRO w Podłężu

Las książek, pies i knedle ze śliwkami, cz. 2

Fot. Fundacja Warsztat Innowacji Społecznych CC-BY-SA 3.0

Pan Maciek, Pani BeatKa, ich dom, goście i inni bohaterowie

Maciek Dąbrowski, zapytany o to, co w Inspiro jest specjalnego, odpowiada: to, że są stowarzyszeniem, a nie placówką publiczną – mają dzięki temu dużo wolności i mogą być bardziej nieformalni, spontaniczni, a to sprzyja dobrej atmosferze: „To, co na pewno nas wyróżnia, to to, że my mamy gości. I w związku z tym, że to są goście, staramy się ich przyjąć najlepiej, jak potrafimy. Kupujemy im najlepszą kawę, najlepsze pachnące mydło, witamy się z nimi, pytamy, co słychać. W swoim domu każdy chce mieć pięknie, chce wygodną kanapę, dba o ten dom – i my tak dbamy o dom kultury. Nie można prowadzić domu kultury i bać się, co się złego może wydarzyć. Trzeba się cieszyć tym, co się dzieje. Jak przyjeżdża wizyta studyjna, pracownicy innych domów kultury czy samorządów, to pierwsze, o co pytają, to: «Jak wy ściągacie książki z tych wysokich półek?». Odpowiadam, że normalnie, bierzemy drabinę, wyłazimy, ściągamy. «Drabinę? A BHP? Przecież to niebezpieczne. My nie możemy mieć drabiny»”.

O psie nie wspominając. Bo gości wita Zuza, średniej wielkości mieszaniec, który jest częścią zespołu. Prywatnie to pies Maćka, ale lubi chodzić z nim do pracy. „Do zadań Zuzy należą PR, rozwiązywanie konfliktów i nawiązywanie kontaktów handlowych – jak tylko dzieci ją zobaczą, są kupione. Służy też za model, gdyż na niej pracują psie behawiorystki, które nas odwiedzają i uczą odpowiedzialnego podejścia do zwierząt” – mówi jej właściciel.

W całym budynku nie ma pomieszczenia z etykietą „Niezatrudnionym wstęp wzbroniony”. Jeśli ktoś chce coś ugotować, to idzie do kuchni, jeśli chce coś skserować – do biura i kseruje. Jedynym miejscem, do którego nie wolno podchodzić, jest psia buda w kącie – tam kładzie się Zuza, kiedy chce odpocząć; wszystkie dzieci dobrze o tym wiedzą. Na szklanych drzwiach do kanciapy biurowej jest napisane: „Pani Beatka i pan Maciek”, bez żadnego „Biuro dyrekcji”. Podobno „dyrektorami” tytułują ich tylko osoby kontaktujące się pierwszy raz. Przestrzeń nie jest nietykalna, ściany są często malowane po różnych artystycznych eksperymentach. „Podstawową umiejętnością u nas jest to, żeby dobrze i szybko sprzątać. Dom kultury jest po to, żeby ubrudzić, żeby zużyć” – wyjaśnia Beata Kwiecińska.

Cały budynek jest nieduży, ale tak ładny, że aż trudno uwierzyć. Jak z planu zdjęciowego jakiegoś wysokobudżetowego serialu. To dlatego, że dwa lata temu, kiedy pojawiła się możliwość sfinansowania remontu starego budynku przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Inspiro zorganizowało konkurs dla architektów. Finalistów konkursu zaprosili na kilka dni do Podłęży, gdzie przychodzili przedstawiciele samorządu, a przede wszystkim mieszkańcy i swobodnie wypowiadali się, jak ich zdaniem powinien wyglądać ich wymarzony dom kultury, taki filmowy, taki, z którego byliby dumni. Tak właśnie powstał zwycięski projekt – ze słuchania marzeń ludzi. Życzeniem założycieli Inspiro skierowanym do architektów było to, aby przestrzeń domu kultury wchodziła w interakcję z użytkownikami i by ci odczuwali, że będąc tu, są gdzieś „indziej” i mogą „coś innego” niż na co dzień. I to marzenie udało się zrealizować. Jest świeżo, ciepło, domowo, a jednocześnie światowo i modnie. Remont był również stosunkowo tani.

Zobacz również