Maja Dobkowska

Czy wiesz, na co rodzice zwracają uwagę, zapisując dzieci na zajęcia?

Kiedy zaczęłam pracować jako animatorka, a zostałam nią, zanim urodziły się moje dzieci, każdą rezygnację z zajęć traktowałam w kategoriach osobistej porażki: „Nie spodobałam się”, „nudzę!”, „coś zaniedbałam.” – takie oto myśli chodziły mi po głowie, gdy odkładałam telefon z informacją, że kogoś znów ubyło w mojej zajęciowej grupie. Teraz sama jestem mamą i mam świadomość, jak wiele czynników ma wpływ na wybór zajęć pozalekcyjnych – kompetentny prowadzący i porywający program zajęć, to tylko jedne z nich. By się przekonać, co jeszcze warto wziąć pod uwagę, tworząc ofertę zajęć,  zapytałam trzy znajome mamy o to, czym kierują się zapisując swoje dzieci na zajęcia.

Monika, Ola i Renata mają łącznie pod opieką 7 dzieci w wieku od 2 do 15 lat. Wszystkie korzystają z oferty zajęć dodatkowych w dużym mieście – rodziny Renaty i Oli dojeżdżają do niego codziennie kilkanaście kilometrów, Monika mieszka niemal w centrum. Ale ta ostatnia ma też zupełnie inne doświadczenie: przez 3 lata mieszkała na warmijskiej wsi, jej córki chodziły tam do lokalnej wiejskiej szkoły, a na zajęcia dojeżdżały do gminnego miasteczka oddalonego o kilkanaście kilometrów.

Oto co mi powiedziały:

DOBRZE SPĘDZONY CZAS

Ola: Wybierając, czy tak jak teraz, kiedy moje córki są już starsze, proponując zajęcia dodatkowe, mam w głowie dwa główne cele. Po pierwsze – zajęcia mają dawać dzieciom radość z uczestnictwa tak, aby same chciały na nie chodzić. To zaś zależy zarówno od prowadzących, ich kompetencji, chęci i możliwości, w tym posiadanych zasobów, jak i od tego, czy „trafią” w zainteresowania i predyspozycje dzieci. Tu pojawia się drugie kryterium. Jako rodzic chcę mieć poczucie, że dziecko korzysta z zajęć. Przy czym korzyścią może być zarówno rozwijanie umiejętności, czas spędzony z rówieśnikami, czy „dobra zabawa”.

PALĄCE POTRZEBY: RUCH I JĘZYKI

Renata:  W przypadku dziecka przedszkolnego, „po godzinach” przedszkolnych wybieramy zajęcia wyłącznie sportowe – basen, piłkę nożną lub koszykówkę – syn nie ma za dużo ruchu w przedszkolu i potrzebuje się „wybiegać”. Monika widzi potrzebę wspierania dzieci w nauce języków. Jej dzieci również uczą się to doceniaćDzieci też coraz częściej dziękują mi za to, że zapisałam je na dodatkowy angielski – przydaje się to później w szkole i ułatwia kontakty międzynarodowe.”

LOGISTYKA – CZAS I MIEJSCE

Renata: Bardzo ważnym kryterium jest lokalizacja zajęć. W przypadku dziecka uczęszczającego do szkoły podstawowej idealnie, gdy takie zajęcia odbywają się na terenie szkoły, w czasie „świetlicowym”. W szkole, do której uczęszcza córka jest bogata oferta zajęć dodatkowych: języki obce, balet, „szkiełko i oko”, szachy, brydż, zajęcia plastyczne, ceramiczne, muzyczne, a także szkółka narciarska. Większość rodziców dzieci klas I-III, uczęszczających do tej szkoły, korzysta właśnie z takich zajęć – dzięki czemu nie musi poświęcać dodatkowych godzin popołudniowych na dowożenie dzieci i czekanie na nie, a dzieci – zamiast siedzieć w głośnej świetlicy spędzają czas w mniejszych grupach, bawiąc się i realizując swoje zainteresowania.
W przypadku dziecka już nieco starszego, powiedzmy od IV kl. szkoły podstawowej, oferta w szkole często bywa zbyt „wąska” lub przeznaczona dla mniejszych dzieci. Kryterium wyboru zajęć pozaszkolnych staje się dla mnie lokalizacja zajęć oraz godzina ich odbywania się (choć oczywiście w pierwszej kolejności to dziecko decyduje, czy chce na dane zajęcia chodzić).

Ola dodaje: Nawet 500+ nie sprawi, że w 10 minut przejadę na drugi koniec zakorkowanego Krakowa, aby zdążyć na zajęcia.

Renata: Dobra lokalizacja to dla mnie w niedalekiej odległości od szkoły lub mojej pracy – tak aby córka sama lub z koleżankami mogła tam dotrzeć tramwajem lub piechotą. Godzina – tuż po szkole, tak aby powrót do domu nie oznaczał godziny 21-ej.

NAJPIERW LEKCJE, RODZINA  I … SWOBODNA ZABAWA

Ilość zajęć, z których korzystamy jest mocno ograniczona – ze względu na dużą ilość szkolnych zadań domowych. – na to zwraca mi uwagę Renata. Podobnie wypowiada się Monika: W tym roku staram się ograniczać zajęcia pozalekcyjne moich dzieci. Przy tak dużej ilości zadań domowych, jest to jedyny sposób na to, żeby miały trochę czasu na zabawę.

Renata: W naszym przypadku w ogóle nie rozpatrujemy oferty zajęć dodatkowych weekendowych. I dzieci i my potrzebujemy odpoczynku, często tez wyjeżdżamy poza miasto.

REKOMENDACJE

Renata: Stawiamy na zajęcia polecane przez innych rodziców i znajomych – w ten sposób wybraliśmy szkołę tańca dla córki i zajęcia na basenie dla obojga dzieci.

KLIENT PERFEKCYJNIE OBSŁUŻONY

Ola: Zdarza się,  że prowadzący lub organizujący zajęcia, dbając o dziecko, zapominają o jeszcze jednym uczestniku projektu „zajęcia dodatkowe”,  czyli o rodzicach. Fakt, nie jesteśmy najważniejsi, ale warto o nas minimalnie zadbać. Jak? Na czas informować o zmianach terminów, czy odwołaniu zajęć, jasno i konkretnie ustalić zasady współpracy (na przykład to, czy rodzice mogą „podglądać” przebieg zajęć), znaleźć czas, aby odpowiedzieć na pytania. I w razie potrzeby wykazać się cierpliwością i wyrozumiałością. Słowem, zapewnić dobrą obsługę klienta.

NA WSI JEST TRUDNIEJ, ALE ROZEŚMIANY TRENER DAJE RADĘ!

Monika: Najbardziej lubiane przez dzieci zajęcia pozalekcyjne obserwowałam, kiedy przez trzy lata mieszkałam na wsi na Warmii. W małej gminie ponad 60  dzieci (zarówno chłopcy jak i dziewczynki) trzy razy w tygodniu trenuje piłkę nożną na orliku, w zimie na hali w szkole.

Są to jedyne zajęcia pozalekcyjne, w których bierze udział większość z tych dzieci. Dzieje się tak ze względu na barierę edukacyjną, ekonomiczną i transportową –  dla wielu rodzin dojazd kilkanaście kilometrów do pobliskiego miasta przy braku samochodu i jednocześnie sprawnego transportu publicznego nie wchodzi w rachubę.

Przepis na sukces był prosty. Roześmiany trener i ponad 60  dzieci spędzających czas na świeżym powietrzu, to miły dla rodziców widok. Na marginesie: model biznesowy przedsięwzięcia był bardzo ciekawy, choć chyba bardzo rzadki w dzisiejszych czasach: koszt zajęć wynosił 30 zł miesięcznie od dziecka, kto nie mógł – nie płacił, albo płacił w następnym miesiącu. Mimo, ze trener nie miał listy wpłat, niczego nie odnotowywał – to wszyscy starali się płacić sumiennie i regularnie.

POROZMAWIAJMY O PIENIĄDZACH…

W ostatnim czasie zrezygnowałam ze znakomitych zajęć plastycznych, prowadzonych przez Pana Marka w pobliskim domu kultury. – mówi mi Monika. –  Powody były dwa – nadmierne obciążenie czasowe pozostałymi zajęciami i mało zachęcające opłaty – za dwójkę dzieci musiałam płacić na rzecz Domu Kultury, razem z półgodzinną lekcją pianina raz w tygodniu, ponad 300 złotych miesięcznie. 

Renata: Cena zajęć jest ważna i porównujemy w tym zakresie oferty różnych firm. Jeśli oferta zajęć, które potencjalnie interesują nasze dzieci i nas jest dużo droższa, niż inne podobne zajęcia – zazwyczaj rezygnujemy. Nie jest to jednak kryterium, które w pierwszej kolejności decyduje o wyborze zajęć. Jeśli dziecku i nam szczególnie na czymś zależy – jesteśmy w stanie zapłacić nieco więcej, rezygnując z innych przyjemności. W naszym przypadku taki wybór jest w przypadku indywidualnych lekcji pianina, na które uczęszcza córka.

CO ZA DUŻO, TO NIEZDROWO!

Monika: wybierając zajęcia pozalekcyjne dla moich dzieci trochę idę pod prąd, zwracając szczególną uwagę na to, żeby… tych zajęć było jak najmniej. Mieszkamy w Krakowie i wokół nas obraca się wiele nieszczęśliwych dzieci, które już od najmłodszych lat mają precyzyjnie wypełniony czas zajęciami pozalekcyjnymi, zwykle do 20-21, w soboty te zajęcia są również intensywne. Ich rodzice spełniają się w dowożeniu dzieci z zajęć na zajęcia, planowaniu grafiku czy całkowicie wypełnionych obozami tematycznymi wakacji. Dla mnie to duża presja, której staram się nie ulegać: widzę w jak pasjonujące aktywności zaangażowani są mali przyjaciele moich dzieci i jak potrzebne umiejętności posiadają w bardzo młodym wieku. Mając osiem czy dziewięć lat są już specjalistami w tańcach towarzyskich czy baletowych, jeździe figurowej na lodzie, sprawnie posługują się trzema językami. Do tego dochodzi pływanie, jazda konna, tenis, pianino i skrzypce, robotyka, dodatkowe konwersacje z native speakerami, malarstwo, żeglarstwo, itd. Wszystkie te rzeczy są dobre, ale nie wszystkie na raz. Efekt tego typu strategii to przemęczone, wyglądające jak cienie dzieci, które święcie wierzą w to, że bez całkowitego poświęcenia z ich strony i koncentracji na samorozwoju, nie będą miały szansy na sukces w dorosłym życiu. 

P.S. Zostałam poproszona przez moją redakcyjną koleżankę o słowo komentarza. No bo co właściwie według mnie dla animatora z lektury powyższych wypowiedzi wynika? Mogę odpowiedzieć za siebie:

Ja biorę dla siebie (i do siebie) uwagę Oli o traktowaniu rodziców, jako klienta. Nawet, jeśli za zajęcia nie płaci. Nie chodzi tu o handlowy żargon, lecz o specjalny sposób zadbania. Kluczowa w owym „zadbaniu” jest komunikacja: prowadzący musi ustalić z rodzicem kanał kontaktu i w ramach tych ustaleń odpowiadać na bieżąco na wszystkie wiadomości i pytania. Tyko tyle i aż tyle.

Co jeszcze? Kwestie logistyczne – korki, dojazdy, godziny odbywania się zajęć. Wiadomo, nie da się dogodzić wszystkim. Ale nie każdy prowadzący ustalając godzinę zajęć ma świadomość, co to znaczy dla rodzica trójki dzieci pracującego do 16.30 zdążyć rozwieść wszystkie pociechy na 17.00 na zajęcia, a potem jeszcze punktualnie je odebrać. A może my prowadzący możemy tu wyjść naprzeciw? Może da się zainspirować, by stworzyć siatkę rodziców, mieszkających w bliskiej od siebie odległości, w ramach której będą się wymieniać w odwożeniu i przywożeniu dzieci? Może zabieganym rodzicom, którzy z potem na czole pędzili, by zdążyć na czas, możemy ofiarować fotel na korytarzu i filiżankę herbaty? A przynajmniej nie złościć się i nie mieć za złe, że znów się spóźnili, psując nam dynamikę zajęć? A może godzina zajęć da się po prostu przesunąć?

W głowie echem rozbrzmiewają mi jeszcze słowa Renaty o tym, jak ważny dla dziecka jest ruch. Mieszkam w mieście, gdzie z uwagi na smog, niemal przez cały okres jesienno-zimowy dzieci na zewnątrz wychodzą sporadycznie. Co to oznacza? Że przez 7-8 godzin spędzonych w szkole, czy przedszkolu, tłoczą się w zamkniętym pomieszczeniu, gdzie z uwagi na liczbę dzieci i charakter zajęć jedynym ruchem, na który mogą sobie pozwolić jest fikanie nogami pod stołem. Efektem takiej sytuacji była powtarzająca się u nas wiele tygodni sytuacja: moja córka, po powrocie z przedszkola przez pierwsze pół godziny bezmyślnie biegała wokół dywanu. Całe 30 minut, aż opadła z sił.

Spokojnie, piszę te słowa ze świadomością, komu je adresuję: animatorom kultury. Wiem, że Waszą domeną jest bardziej teatr i rękodzieło, niż sport. Nie macie zwykle przestrzeni, niekiedy i kompetencji, by poprzez ruch rozwijać dzieci. Jednak jako mama, tak jak Renata, stojąca przed dylematem, czy zapisać dziecko na piłkę nożną, czy na plastykę, zastanawiam się, czy elementów ruchu nie da się wpleść w typowo artystyczne, czy kulturalne zajęcia? Czy po prostu część z nich nie może odbywać się na zewnątrz, a to już byłoby bardzo wiele? Czy dzieci muszą koniecznie siedzieć przy stołach? Czy w ogóle muszą siedzieć? Czy może w letnim okresie nie dałoby się kończyć zajęć spontanicznym meczem rodzice contra dzieci na skwerze przed domem kultury? Przytoczę tu budujący przykład: w krakowskim kościele O. Kapucynów co niedzielę po Mszy Świętej dla dzieci ojcowie Kapucyni otwierają szeroko drzwi swojej klasztornej sali gimnastycznej. Zgromadzeni: dzieci, ich rodzice, a także odprawiający Mszę Ojcowie, prosto z nabożeństwa idą razem pobiegać, zagrać w berka czy zbijaka. Dlaczego? Bo duchowni ci (specjaliści bądź co bądź z innej „branży”) wiedzą, że w przypadku ich odbiorców, godzinka skupienia podczas Mszy wymaga następstwa trzech kwadransów ruchu. Da się? Da się.

Wreszcie charakter zajęć. To prawda, co mówią Ola, Monika i Renata: nastały takie czasy, kiedy dorośli wzięli sprawę mocno w swoje ręce i organizują dzieciom większość czasu. Nawet szkolna świetlica – wiem to od mojej córki, to nie jest już czas odpoczynku od lekcji i swobodnej zabawy, ale ciąg niekończących się zajęć, kółek i warsztatów. W domu – odrabianie lekcji i pęd na zajęcia. Z tego wszystkiego dzieci nie mają czasu się bawić. Ba! Część z nich wcale się już bawić nie potrafi. Co z tym zrobić? Ja, pod wpływem tej lektury, dałabym dzieciom więcej swobody. Nawet, jeśli początkowo nie będą potrafiły z niej skorzystać. Jeśli przynosisz na zajęcia piłki, zanim rozpoczniesz realizować scenariuszowe ćwiczenie numer jeden, pozwól dzieciom wziąć je do ręki, oglądnąć, zaproponować zabawę. Albo zostaw kwadrans na koniec zajęć, by dzieci mogły pobawić się po swojemu.

A i tak najważniejsza dla mnie rzecz  (dlatego pozwoliłam sobie umieścić ją w tytule niniejszego artykułu) zawiera się w wypowiedzi Moniki o uśmiechniętym trenerze. To dla mnie zachęta do refleksji, by w trosce o doskonały program, wszystkie te niełatwe finansowe i logistyczne aspekty nie zapomnieć, że oprócz „oferty” tworzymy też coś o wiele ważniejszego: miejsce, gdzie czeka na dzieci ktoś im życzliwy, wrażliwy na ich potrzeby i po ludzku – uśmiechnięty.

Maja Dobkowska – pedagożka, animatorka, trenerka i nauczycielka. Zajmuje się rozwijaniem kreatywności dzieci i młodzieży, a także osób dorosłych. Prowadzi treningi kreatywności oraz szkolenia z innowacyjności i kreatywnego rozwiązywania problemów. Szkoli nauczycieli, dzieli się pomysłami podczas warsztatów pokazujących, jak wplatać trening twórczości w rzeczywistość szkolną i przedszkolną. Jest certyfikowanym trenerem programu Odyseja Umysłu i jego entuzjastką. W wolnym czasie pisze książki i anty-kolorowanki dla dzieci. Jest mamą 6-letniej Basi i 9-letniej Zośki, z którymi lubi się włóczyć, wymyślając niestworzone historie.

Zobacz również